tekst: Kazimierz Spieszny
zdjęcia: Anna Spieszny
Irena Kusion
Celem naszego poprzedniego wyjazdu był Nord Capp. Powrotna droga wiodła przez całą Norwegię, jednakże brak czasu uniemożliwił nam zwiedzenie tego pięknego kraju. W związku z tym postanowiliśmy pojechać tam jeszcze raz. Ponieważ Krzysiek z Izą nie mogą z nami pojechać , wyruszamy więc 18 lipca z Filipowic w nieco odmiennym składzie. Ja z Anką na znanym wam już BMW R80/7 z 1978 roku, Irek na Suzuki DL V-Strom 650 z 2007 roku oraz Kusion z żoną Ireną na Hondzie Varadero 1000 z 2000 roku a także nasz kolega Kaziu na Hondzie CB 1000R z 2008 roku któremu czas nie pozwala na cała podróż więc jedzie z nami, ale tylko do Berlina, który jest pierwszym etapem naszej wyprawy. Kierujemy się więc A4 na Wrocław, stamtąd na Olszynę gdzie przekraczamy granicę niemiecką. Późnym popołudniem rozbijamy namioty na kempingu około 50 km przed Berlinem.
Następnego dnia wjeżdżamy do stolicy Niemiec i parkujemy nasze motocykle niemal że pod bramą Brandenburską. U ciemnoskórego gościa, który jak się okazuje z pochodzenia jest Algierczykiem, urodził się we Francji, a na co dzień pracuje w Berlinie, kupujemy bilety i jedziemy na wycieczkę po mieście. Obok bramy Brandenburskiej robimy kilka fotek z "Esesmanem" oraz "niemieckim niedźwiedziem" , obaj okazują się być jednak Słowakami. W sklepie z pamiątkami pracuje Polka. Widać więc, że stereotypy z przeszłości zupełnie w Niemczech się zatraciły. W Berlinie oprócz wspomnianej już bramy Brandenburskiej i pozostałości muru berlińskiego, który do lat 90-tych oddzielał piękny i wolny DDR od imperialistycznego zachodu, nie ma zbyt wiele do zwiedzania. Rzekłbym, że to dość martwe i ponure miasto. Opuszczamy Berlin, żegnamy się z Kaziem, który wraca do Polski, a nasza piątka kieruje się na północ do granicy z Danią.
Jadąc autostradą kierujemy się na Lubekę. Po kilkudziesięciu km napotykamy korek, więc z bezpieczną prędkością około 50-60km/h posuwamy się awaryjnym pasem mijając po drodze niemieckich motocyklistów, którzy przykładnie stoją w korku i ani do głowy by im nie przyszło, że można złamać przepisy i jechać pasem awaryjnym. Tak my na nich, jak i oni na nas, patrzymy ze zdziwieniem: my, dlaczego oni stoją w korku skoro pas awaryjny jest wolny, a oni zadają sobie pytanie, dlaczego my łamiemy przepisy i zamiast stać równo w szeregu posuwamy się bokiem do przodu? Jak się okazało korek miał kilkadziesiąt km, a my tym sposobem zyskaliśmy dobre dwie godziny. W okolicach Lubeki zjeżdżamy na kemping. Pani w recepcji, słysząc jak rozmawiamy po polsku, przechodzi na rosyjski i łatwo się dogadujemy. Jak się okazało jest, to rodowita Rosjanka, która jest żoną właściciela.
Następnego dnia wjeżdżamy do Danii i drogą lądową, nieco na około, przez Kolding, Odense, następnie mostem na drodze E20, dojeżdżamy do Koge, gdzie wyjeżdżając z małej bezobsługowej stacji paliw, spotyka mnie pierwsza awaria. Kiedy ruszyłem, po zatankowaniu, tył mojej BMK-i "zaczął pływać". Początkowo myślałem, że najechałem na jakąś plamę po oleju, ale niestety, okazało się, że mam kapcia. Odkręcamy tylne koło, które zabieram jako pasażer na hondę Kusiona i wspólnie z Irkiem próbujemy znaleźć w okolicy jakiś warsztat. Niestety bez powodzenia, jest sobotnie popołudnie i wszyscy mają weekend. Wracamy więc do naszych dziewczyn, wysyłamy je do sklepu na zakupy, a sami bierzemy się za klejenie dętki. Mamy problem z ponownym założeniem opony. Twarda guma nie chce najść, ale jadą przecież z nami kobiety. Kusion wyjmuje z kufra kosmetyczkę Ireny, z której pożyczamy sobie połowę opakowania jakiegoś kremu czy balsamu, smarujemy felgę i oponę, która wówczas bez problemu wskakuje na swoje miejsce, po czym kosmetyczka wraca do kufra, koło do motocykla i gotowi czekamy na nasze dziewczyny. Wyjeżdżamy za miasto i rozbijamy namioty na kempingu.
Następnego dnia wjeżdżamy do Kopenhagi, gdzie z racji niedzielnego przedpołudnia panuje cisza, spokój i niewielki ruch na ulicy. Podjeżdżamy w okolice nadbrzeża, gdzie znajduje się pomnik "małej syrenki", parkujemy motocykle i idziemy zwiedzać miasto. Są dwie opcje: Kopenhagę można zwiedzić tradycyjnie jeżdżąc piętrowym autobusem lub pływając małym statkiem po kanałach. Statek kursuje jednak rzadko, wybieramy więc linie autobusową. Bilet który wykupiliśmy umożliwia nam, na jednym z postojów, skorzystanie z lunaparku. Dochodzi godzina 10-ta , zaraz będą otwierać, przed wejściem ustawiła się już spora kolejka po bilety. My natomiast wchodzimy bez kolejki i korzystamy z wielu atrakcji wesołego miasteczka. Kontynuując dalsze zwiedzanie miasta, wsiadamy do kolejnego autobusu, którego kierowcą okazała się być Polak, który pracuje tu sezonowo wożąc turystów po mieście. Kopenhaga to piękne miasto, pełne wspaniałych zabytków, pamiątek i pomników związanych z Andersenem i jego baśniami. Sieć kanałów, które tworzą drogę wodną, nieco przypomina Petersburg. Z łezką w oku opuszczamy uroczą stolicę Danii i mostami przedostajemy się na sztuczną wyspę, skąd kolejnym mostem wjeżdżamy do Malmö. Autostradę E6 kierujemy się do granicy z Norwegią. Noc jednak spędzamy jeszcze w Szwecji, rozbijając nasze namioty na dziko, nad morzem.
Nazajutrz poranna kąpiel i udajemy się w kierunku Oslo, które mijamy i tuż za miastem tankujemy paliwo. Po wyjeździe ze stacji zauważyłem świecącą kontrolkę od ładowania. Wyłączam więc światła i używając jedynie postojówki w tunelach, mam nadzieję dociągnąć tak do Lillehammer. Obawiam się, że tym razem awaria może być poważniejsza. W Lillehammer mam brata, który w Norwegii pracuje już od kilku lat, tak więc na pewno łatwiej będzie się dogadać w sprawie ewentualnej naprawy motocykla. Niestety, 25 km przed miastem w BM-ce skończył się całkowicie prąd, w związku z czym zjeżdżamy na przydrożny parking. Próbujemy postawić diagnozę : co jest przyczyną braku ładowania? Może to być cewka, przekaźnik lub podejrzanie, bo wiekowo wyglądający regulator napięcia. Telefonicznie kontaktuję się z moim bratem- Maćkiem, który obiecał za chwilę do nas przyjechać. Dzwonię także do polskiego ubezpieczyciela, aby wezwać pomoc drogową, która jak zapewniał mnie pan przy zawieraniu polisy, ma się zjawić w pół godziny po zgłoszeniu. Jak się okazało to tylko teoria. Pomoc przyjechała po 3,5 godziny. Przypadkowy Norweg, który zatrzymał się na parkingu, dowiedziawszy się w czym problem, stwierdził, że musimy udać się do Lillehammer, bo to jest duże miasto, tam była olimpiada i na pewno naprawią nam motocykl. Wkrótce przyjechał Maciek, który rozeznał już sytuację w Lillehammer i jak się okazuje w tym olimpijskim mieście, oprócz pięknych obiektów sportowych, jest serwis Hondy, a pan który tam pracuje powiedział żeby z BMW do niego nie podjeżdżać, bo nawet na niego nie spojrzy - on naprawia tylko hondę. Natomiast serwis BMW jest w Hamar - to około 40 km z powrotem w kierunku Oslo. W końcu przyjeżdża pomoc drogowa, która zabiera naszą BM-kę oczywiście do Hamer. Ponieważ myśleliśmy, że BM-kę będziemy naprawiać w Lillehammer, Irek z Kusionem pojechali tam już wcześniej aby znaleźć jakiś kemping. Namioty robiliśmy nad pięknym jeziorem Niosa.
Naszą rozmowę przy śniadaniu usłyszał przechodzący obok gość, który pozdrowił nas w ojczystym języku. Jak się okazało, był to Stanley, pochodzący z Opola, który pracował na tym kempingu, będąc jego gospodarzem i prawą ręką szefa. Jak to Polak, Stanley jako złota rączka, robił tutaj wszystko: kosił trawę, przycinał drzewka, był elektrykiem, hydraulikiem, jeździł traktorem, a jak trzeba było pracował nawet koparką. Stanley bardzo ułatwił nam trzy dni pobytu, które przyszło nam spędzić nad Niosą. Podciągnął nam prąd do namiotu, udostępnił kartę do sanitariatów, a także przynosił złowione przez siebie ryby, które smażyliśmy na, zbudowanym z kamieni przez Kusiona, grillu. Jak się okazało w BM-ce padł wirnik w alternatorze, który trzeba było sprowadzić z Malme, gdyż tam jest dystrybucja części BMW na całą Skandynawię. Cierpliwie czekamy; mamy piękną pogodę, niezbyt ciepłą, ale czystą i rześką wodę w jeziorze, kąpiemy się więc kilka razy dziennie, a Kusion skacząc z poręczy pomostu na główkę do wody, budzi podziw i zachwyt wczasowiczów przebywających na kempingu. Mamy dużo wolnego czasu, więc zwiedzamy miasto, piękne olimpijskie skocznie, gdzie kiedyś tryumfował Adam Małysz, oraz wykute w skale lodowisko, a także muzeum sportu. W końcu nadeszła wiadomość z serwisu, że możemy przyjechać po motocykl. Jak się okazało na miejscu, mechanik który go naprawiał, był aż tak solidny, że oprócz zepsutego wirnika wymienił nam jedną zużytą śrubkę, a jedną poluzowaną dokręcił, o czym nie omieszkał nas powiadomić. Żegnamy Stanley'a, żegnamy Maćka, żegnamy Lillehammer i udajemy się na północ drogą E6 do Dombasu, gdzie skręcamy w lewo, w drogę E36, którą dojeżdżamy do drogi nr 64 tzw. atlantyckiej. W pobliżu rzeki, na kempingu rozbijamy namioty.
Tutaj dzień jest już znacznie dłuższy, ale jest też znacznie zimniej, co jednak nie przeszkadza Kusionowi, który razem z Irkiem idzie się kąpać. Ja zamoczyłem nogi i stwierdziłem, że woda tutaj nie jest zimna, ale po prostu parzy; może miała z 8 stopni. Tutejsi wczasowicze nie patrzyli już na nich z podziwem, ale z politowaniem. Następnego dnia wyruszamy na przejażdżkę drogą 64, która cały czas biegnie brzegiem morza, a w dużej swej części łączy ze sobą wysepki rozdzielone pięknymi fiordami. To wspaniały i niepowtarzalny widok. Jadąc nią zataczamy duże koło, by jak w ubiegłym roku, jeszcze raz wrócić na Trollstiegen. Trasa Troli raz to za mało. W tym roku, mając więcej czasu, przejeżdżamy spokojnie i kierujemy się na drogę nr 63 tzw. Geirangerfjord, która według niektórych źródeł zajmuje 4 miejsce na świecie pod względem trudności. Otwarto ją w 1955r. i od razu stała się wielką turystyczną atrakcją. Najciekawszy odcinek ma 8 km długości, nachylenie 10 stopni i 11 super ciasnych zakrętów rozdzielonych długimi prostymi. Na górze znajduje się platforma z której widok zapiera dech w piersiach. Jadąc tą drogą nie należy się zbytnio rozpędzać, gdyż zabezpieczona jest raczej symbolicznie. Zjeżdżamy w dół. Zaczyna padać deszcz. Następnym naszym celem jest półka skalna w Preikestolen. To okolice Stavanger. Trasę dobieramy jednak tak, aby przejechać najdłuższym na świecie tunelem drogowym, który łączy miejscowości Laerdal i Aurland. Po przejechaniu kilkudziesięciu km zjeżdżamy na kemping. Po kilku zdawkowych pytaniach w języku angielskim recepcjonista przechodzi na język polski. Jest to Polak pochodzący z Warszawy, który pracuje tu wraz z żoną. Na szczęście dla nas jest wolny domek czyli będziemy mieć dach nad głową. Po rozpakowaniu Kusion z Irkiem zobaczyli leżącą na trawie piłkę i oczywiście w strugach ulewnego deszczu zaczęli grać. Burza spowodowała jednak na kempingu brak prądu w związku z czym nie było również wody. Tak więc chłopaki prysznic brali pod rynną.
Następny dzień wita nas pięknym słońcem i cudownym krajobrazem wysokich gór z których spływające strumienie odrywają się od skał. Dojeżdżamy do Laerdalsoyri i stajemy przed wjazdem do najdłuższego drogowego tunelu świata. Obowiązkowo fotka i w drogę na drugą stronę. Budowa tego długiego na 24,5 km tunelu trwała przez 5 lat. Od 1995-2000 r. Kosztował Norwegów 125 mln dolarów, ale według opinii ekspertów oprócz tego że jest najdłuższy to jest to także jeden z najbezpieczniejszych tuneli ponad którym, znajdują się wysokie na 1800 m. góry. Mniej więcej po przejechaniu połowy tego cuda jest miejsce na krótki postój, gdzie oprócz nas zatrzymują się także autobusy z turystami na małe sesje zdjęciowe. Wnętrze jest pięknie oświetlone, na górze na niebiesko, zaś z dołu na żółto. Ciekawostką jest, że oprócz roli komunikacyjnej w tunelu odbywają się nawet śluby.
W okolice Preikestolen docieramy w niedzielne przedpołudnie i udajemy się na półkę skalną. Krzysiek, który w tym roku z nami nie pojechał, był już w tym miejscu i opowiadał, że aby dostać się na półkę trzeba kawałek podejść pieszo ale nie uprzedził, że czeka nas 2,5 godzinna ostra wspinaczka, podczas której miałem za cel wejść na górę, potem z niej zejść, wrócić do Polski i dorwać tego drania, z relacji którego, wejście na półkę to bułka z masłem. Dzięki Krzysiu! Nu Pagadi! Otóż, wybierając się tam obowiązkowo należy zabrać ze sobą duży zapas wody, a także jakiś prowiant. To morderczy, ponad dwugodzinny wysiłek. My ruszyliśmy zupełnie nieprzygotowani i napić mogliśmy się jedynie ze strumyka gdzieś w połowie wędrówki. Było ciężko, ale naprawdę było warto. Im bliżej szczytu, tym większy wiatr. Na samej górze wiało tak, że naprawdę mocno trzeba było stać na nogach. Ale co tam. W końcu nie po to tyle trudu żeby teraz przejmować się wiatrem. Po dotarciu na półkę, na której nie ma żadnych zabezpieczeń, siadam na jej skraju i wymachuję nogami, pod którymi mam 604 metry wolnej przestrzeni i piękny Lysefjord, gdzie pływa jakiś stateczek. Anka była na mnie tak wściekła, że nawet z oddali nie chciała zrobić mi zdjęcia. Obiektywnie patrząc, pewnie miała rację. Żeby nie było mi samemu smutno, Irek postanowił usiąść obok mnie. Kusion, będąc ostrożniejszy, podczołgał się na brzuchu i zerknął w dół, po czym ruchem węża, wycofał się na bezpieczną pozycję. Anka z Ireną, pomimo naszych zapewnień o asekuracji nie zdecydowały się podejść na skraj. Schodząc w dół, jakiś km od szczytu, mijamy kobietę z córką, którą spotkaliśmy już idąc do góry. Jak się okazało skręciła nogę i oczekuje na pomoc, która nie jest w stanie dotrzeć tutaj szybko, gdyż nie ma warunków do lądowania helikoptera. Akurat gdy zeszliśmy, dwoma samochodami podjechała ekipa ratowników w składzie której, oprócz 6 młodych i silnych chłopaków, była także kobieta z którą obowiązkowo Irek zrobił sobie zdjęcie. Ratownicy wzięli nosze i ruszyli w górę. Współczuję im, ja fizycznie za żadne pieniądze nie byłbym w stanie ponownie wejść tego dnia jeszcze raz na szczyt.
W początkowych planach, chcieliśmy z Norwegii promem przedostać się na Wyspy. Ale od kilku już lat brak jest połączenia wodnego z Wielką Brytanią. Tak więc powoli będziemy wracać. Jedziemy wzdłuż wybrzeża południowo-zachodniej Norwegii, kąpiemy się w morzu Północnym i docieramy do Kristiansandu, skąd promem, po około 3 godzinach jesteśmy w Danii, którą przejeżdżamy bez problemu i ponownie wracamy na niemieckie autostrady, gdzie ze względu na brak ograniczeń prędkości wcale nie jest tak bezpiecznie. Jadąc przodem, podejmuję próbę wyprzedzania ciężarówki, jadącej jakąś mniej więcej setką. Jak zawsze, dwa razy patrzę w lusterko i przy 140km/h wychodzę na lewy pas. Jadący na końcu Irek robi to samo. Ale z za wzniesienia, za naszymi plecami widzę tylko ostry blind. Irek zdążył się schować. Ja ponieważ nie byłem jeszcze na wysokości ciężarówki, też uciekam na prawy pas, chowając się za nią, a w tym momencie Kusion, który sekundę temu miał wolną drogę, wychodzi na lewy pas i omal nie zostaje uderzony przez pędzącego jakieś 300km/h pirata drogowego, który niemalże ociera się o jego lewy kufer. Cudem uniknęliśmy nieszczęścia. Tak więc brak ograniczeń, to nic dobrego. Ponieważ Anglia nie doszła do skutku, mamy zatem jeszcze kilka dni wolnego. Jedziemy więc do Świnoujścia,odwiedzamy Międzyzdroje i wzdłuż wybrzeża wjeżdżamy do Gdańska na słynny Jarmark Dominikański. W drodze powrotnej zahaczamy o Malbork, gdyż Kusion z Ireną nie byli jeszcze w tej twierdzy. Aby tam dotrzeć, śmigamy nowiutką autostradą, ale za przejechanie kilkudziesięciu km słono płacimy. Swoją drogą, to paradoks- przejechaliśmy całe Niemcy, całą Danie, w Norwegii najdłuższy tunel świata i nigdzie nie zapłaciliśmy ani grosza, a teraz jedna bramka, druga bramka i wiadomo, że jesteśmy u siebie. Następnego dnia w sobotę, 3 sierpnia, po 17 dniach włóczęgi i przejechaniu 6200 km, cali i szczęśliwi docieramy do domu. Na koniec winien jestem jeszcze wyjaśnienia. Dlaczego Norwegia po raz drugi i ostatni? Otóż piękno Norwegii potrafi oczarować każdego. Majestatyczne góry i wciskające się pomiędzy nie fiordy dają zestawienie jakiego nigdzie nie spotkamy. Tysiące wodospadów, mających początek gdzieś w chmurach, spadając na dół tworzą wrażenie jakby rzeka spływała z nieba. Od Norwegii można się więc uzależnić i chciało by się spędzać tam każde wakacje. A jest przecież jeszcze wiele innych ciekawych miejsc, które warto by zobaczyć, jak chociażby Włochy, gdzie w 2014r przypada okrągła rocznica bitwy o Monte Cassino i kto wie, może to właśnie będzie celem kolejnej naszej wyprawy. Dlatego do Norwegii, już nie wracam, chociaż kto wie... ?
Na koniec kilka fotek

Pierwszy nocleg

Poranek

Brama Brandenburska

"Słowacki" niedźwiedź w Niemczech

"Słowacki" niedźwiedź

Gry wojenne

Gry wojenne

Camping Niemcy

Kolejna granica

Pierwsza awaria

Awaria

Dania

Mała syrenka

Mała syrenka

Dania

Dania

Dania-lunapark

W drogę

Jesteśmy w Szwecji

Awaria wirnika

Lillehammer

Lillehammer

Hala sportowa

Lillehammer

Lillehammer

W drodze na skocznię

Kąpiel pod wodospadem

J. Niosa

J. Niosa

Mój brat niedźwiedź

Mój brat niedźwiedź 2

J. Niosa

J. Niosa

Własnoręcznie zbudowany grill

J. Niosa

Kąpiel w jeziorze

Nasz przyjaciel Stanley

J. Niosa

Droga atlantycka

Nasz chiński przyjaciel

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Droga atlantycka

Trollstigen

Trollstigen

wątpliwości przed wjazdem na Trollstigen

Trollstigen

Trollstigen

Trollstigen

Trollstigen

Geirangenfjord

Na szczycie Geirangenfjord

Geirangenfjord

Maskotka dla Ani

Geirangenfjord

Geirangenfjord

Geirangenfjord

Przed tunelem

Tunel

Norwegia

Znajoma z San Francisco

Norwegia

Norwegia

Norwegia

W drodze na półkę

W drodze na półkę

Jestem na szczycie

Trochę wiało

Półka

Półka

Zmęczenie

Ratownicy górscy

M. Północne

Kusion na rowerze w Norwegii

Promem do Danii

Z powrotem w Polsce

Kąpiel w Bałtyku

Na jarmarku w Gdańsku

I am Bond

Nareszcie w domu